Strona główna
Regulamin Klubu
Sekcja lotów
Sprawozdania i uchwały
Ceryfikat
Sylwetki hodowców
Nasi seniorzy
Hodowane odmiany
Cele Klubu
Materiał do dyskusji
Wzorzec
Kolory
Regulamin wystaw
Nasze zebrania
Nasze wystawy
Archiwum
Linki
Nasz baner
Mapa strony


Wielkość liter: A A A A




Sylwetki polskich hodowców - Kazimierz Jendrzejewski

W stolicy sokołów

Rozmawiają:
Kazimierz Jendrzejewski, Marcin Jendrzejewski, Władysław Styczyński, Piotr Styczyński



Władysław:
Cześć sąsiedzi!

Marcin:
Cześć, jak się macie?

Piotr:
Dzięki, świetnie!

Kazimierz:
Co pijecie? Kawę, herbatę czy może coś zimnego?

Władysław:
Poprosimy wodę.

Kazimierz:
Siadajcie. Pamiętam stare dobre czasy, kiedy jechało się na rynek do Elbląga, albo Gdańska - Wrzeszcza i cała klatka gołębi w jednej chwili była pusta. Zainteresowanie sokołami gdańskimi było bardzo duże. Entuzjastów i hodowców gołębi również nie brakowało w tamtych czasach. Hodowla gołębi była bardzo popularna.

Za dzieciaka łapało się jakieś gołębie w ciągu tygodnia, a potem jeździłem sprzedać je na rynek i mieliśmy z kolegami nasze "kieszonkowe". Tczew był usłany hodowlami gołębi, praktycznie na co drugim podwórku był gołębnik. Pamiętam, że tata trzymał sokoły na wolnym oblocie i tylko patrzył ile zabrało się do góry. Nie było tak, że leciały wszystkie naraz. Zbierały się mniejszymi grupkami po dziewięć do dwunastu.

Zazwyczaj latały pięć-sześć godzin i odbijały nieco na boki, nie latały tak jak gołębie zamojskie w zenicie, miały swoje ścieżki.

Marcin:
Na początku szły w grupie, a potem rozsypywały się po kilka sztuk, dwie, trzy, cztery. Najlepiej widoczne były czarne i czerwone, gołębie białe najszybciej ginęły z oczu na tle nieba.

Kazimierz:
Z pewnymi wyjątkami (śmiech). Pewnego roku, jak pamiętam, kolega Bobrowski miał sto pięćdziesiąt młodych i wszystkie wypuszczał. Latały chmurami w dużych grupach. Na różnych pułapach. Nisko, potem ta grupka mocniejsza na średnim pułapie i te najmocniejsze nad nimi. Rozlatanych gołębi nie było sensu brać do rozpłodu, bo zawsze wracały do swojego właściciela. Trzeba było mieć je zamknięte, to bardzo uparte ptaki.

Piotr:
Jacy jeszcze hodowcy mieszkali w sąsiedztwie?

Kazimierz:
Polak, Budzisz, Chojnacki, Sztorma, Glaza, Abruszyński i wcześniej wspomniany Bobrowski. Landowski, miał "jelbaki" te naprawdę mi się podobały, to były gołębie białe - czerwono nakrapiane.

Piotr:
Jak zaczął hodować Pan gołębie?

Kazimierz:
Jak skończyłem szkołę podstawową poznałem w szkole Zeneka Rajskiego, on kupił czajki od mojego taty i wtedy ja też zapragnąłem mieć swoje własne gołębie. Zacząłem je hodować w wieku piętnastu lat, to były wywrotki pomorskie, bardzo mi się podobały. Najpierw miałem jedną parę, a potem zrobiło się ich trzydzieści. Były też zakonniczki, pawiki tarczowe, czajki, a dziadek i tata cały czas mieli sokoły gdańskie. Potem oczywiście miałem też swoje sokoły. Czerwone, czarne, białe i mazry te są z nami niezmiennie do teraz. Pierwsze srokate sokoły widziałem u Tadeusza Sztormy, który miał fermę lisów.

Władysław:
Tak, miał ich sporo i rutbunty. Jeździł z moim tatą na polowania.

Kazimierz:
Przez te wszystkie lata, a będzie ich już pięćdziesiąt pięć hodowałem najwięcej mazrów no i przede wszystkim "wajskopów".

Piotr:
Niech Pan opowie o swojej ulubionej odmianie sokołów.

Kazimierz:
Jasny mazer, musi mieć charakterystyczną łuskę i kolorowe pióra na szyi. Niestety przez zmiany we wzorcu, gdzie hodowcy mieli sporo gołębi pośrednich "mazanych", a zabrakło dla nich miejsca na te ptaki. Myślę, że to w dużej mierze przyczyniło się do zmniejszenia popularności tych gołębi. Choć uważam, że są one niezwykle urokliwe. Bardzo lubię ciemne mazry, ale mam tu na myśli gołębie w rysunku białogłówki, biała głowa, lotki i ogon. To były mazry tylko z każdym rokiem do czterech spierzeń się zmieniały i finalnie wyglądały podobnie jak rutbunty. Natomiast gołębie, które obecnie według wzorca są ciemnymi mazrami, nie miały żadnej wartości i obecnie również za nimi nie przepadam. Ciemne gołębie, które się zmieniają trzymamy w hodowli, żeby utrzymywać kolor w mazrach. Chodzi o to, że w tej odmianie barwnej jest dużo form pośrednich, wszystkie są niezbędne, a w mojej opinii powinny być pokazywane i oceniane na wystawach. Pewnego roku na wystawie w Poznaniu, po zmianach za takie gołębie mieliśmy na kartach ocen napisane "brak rasowości" choć miały po prostu rysunek odbiegający od wzorca.

W hodowli prowadzimy ostrą selekcję. Gołąb, który ma zaledwie czternaście piór w ogonie jest likwidowany. Szesnaście to minimum. Ogon u sokołów gdańskich jest ozdobą tej rasy i charakterystyczną cechą. Gołębie lecąc sprawiają wrażenie jakby ciągnęły go za sobą, przy starcie, potem kiedy wzbiją się wyżej nabierają animuszu. Ogony kiedyś były zdecydowanie większe, raczej nie odstawały od podłoża, tak to pamiętam.

Piotr:
Kiedy zdobył Pan uprawnienia sędziowskie?

Kazimierz:
To już prawie trzydzieści lat. Egzamin zdawałem u Pana Eugeniusza Czapczyńskiego. Wystawialiśmy dużo gołębi w Poznaniu, a on chciał nam pomóc, bo na Pomorzu było mało sędziów, a on już kończył karierę. To był niezwykle sympatyczny człowiek. Pamiętam, że byliśmy bardzo dobrze przygotowani do egzaminów i zdaliśmy bez problemów. Zagiął nas tylko na jednym punkcie, prosta fultona, kiedy wróciłem do domu pytałem mojego tatę, sąsiadów, znajomych i innych starszych hodowców, ale nikt nie potrafił mi odpowiedzieć na to pytanie. Nikt po prostu nie wpadł na to, że może chodzić o garłacze. Zresztą nie były one u nas popularne.

Piotr:
A jak wyglądał podział na grupy, czy uprawnienia jeśli chodzi o sędziowanie?

Kazimierz:
Każdy sędziował to co hodował i te głębie jakie znał. Nie było takiego podziału jaki znamy teraz. Eugeniusz prowadził zapiski odnośnie tego, który sędzia w jakich rasach najlepiej się czuje. Pamiętam, że krótko po egzaminie w Poznaniu dostałem do sędziowania mewki pana Buszki. Były bardzo dobre, ale sporo drapałem się w głowę. Na szczęście pan Czepczyński mi pomógł i wszystko wyszło jak należy. Więc to wszystko zaczęło się w 1996 roku, zobacz to moja pierwsza legitymacja sędziowska. Są tutaj wyszczególnione rasy, które mogłem sędziować. Mam jeszcze puchar za aktywny udział w ocenie sędziowskiej na wielu wystawach w jednym sezonie wystawowym. Kiedyś kolegium sędziów prowadziło ranking i wyróżniało najbardziej aktywnych. To było bardzo miłe wyróżnienie. Szkoda, że obecnie ta tradycja zanikła.

Piotr:
Faktycznie, ale w legitymacji jest napisane "sokoły gdańskie", to nie pomyłka?

Kazimierz:
Tak je nazywano, to polska tradycja i taka była oficjalna nazwa, mówiło się też "estry", było też kilka innych gwarowych określeń.

Piotr:
Na co zwraca Pan szczególną uwagę przy ocenie gołębi, to trudne zadanie?

Kazimierz:
Przy ocenie sędziowskiej bardzo ważna jest kondycja gołębi i to jak w danym momencie się zaprezentują, czasami ptaki przyjeżdżają z podróży i są bardzo zmęczone, wtedy nie ma szans na dobrą ocenę pomimo tego, że inne dni wystawy dla zwiedzających będą prezentować się dużo lepiej. Więc jeśli chodzi o sędziowanie nie jest to taka prosta sprawa, trzeba znać specyfikę rasy, którą się sędziuje. Najlepiej jakby sędzia hodował te gołębie. No i oczywiście doświadczenie procentuje.

Marcin:
Dlatego jak wystawiam gołębie, staram się przyjechać możliwie wcześnie, a najlepiej w czwartek, a nie w piątek. Po to żeby gołąb miał szanse dobrze się zaprezentować. To naprawdę robi różnicę.

Władysław:
Pamiętacie jak w Tczewie był klub "Sokoła gdańskiego i milionera"? trzeba było mieć udokumentowany milion złotych. Było w nim chyba tylko pięć osób.

Kazimierz:
Tak, był tam tapicer, Sztorma, Bobrowski, i ktoś jeszcze.

Marcin:
Bobrowski płacił za dobre gdańskie tyle ile zarabiało się w miesiąc albo dwa, więc zawsze dostawał takie gołębie na jakie miał ochotę. Oprócz tego postawił zawsze jeszcze obiad i flaszkę.

Władysław:
Ceny bywały naprawdę wysokie. Kupowałem samicę rutbunterkę od Pana Boruńskiego z Kątów Rybackich, na tamte czasy zapłaciłem za nią tysiąc sześćset złotych to były dwie moje wypłaty.

Kazimierz:
Tak, faktycznie ceny były wysokie, ale szła też za tym jakość, bo ludzie nie kombinowali. Nie mieszali odmian tylko trzymali je w czystości. Kojarząc mazra z mazrem wychodziły mazry, a jak parowałeś gołębie białe z białymi to wychodziły gołębie białe. Dziś nie jest to już tak oczywiste.

Marcin:
Nie musisz daleko szukać przykładów. W 2012 roku kupiliśmy gołębie białe z Poznania i na siedem młodych jeden był biały, a sześć czarnych z czysto białymi dziobami. Dobrze, że tych gołębi nie wprowadziliśmy do swoich, tylko najpierw złączyliśmy je ze sobą.

Kazimierz:
Pamiętam, że wystawiając gołębie w Poznaniu było na nasze ptaki zawsze bardzo wielu chętnych z różnych stron Polski. Praktycznie całe życie lotowałem gołębie. Największe wrażenie robiły na mnie ciemne mazry zimową porą, pięknie latały, wyglądało to niesamowicie. Oczywiście przy tych lotach zdarzało się też, że gołębie wracały po kilku dniach do domu. Pamiętam, że miały świetną orientację, bo sprzedane potrafiły wrócić nawet z Nowego Dworu.

Piotr:
A macie jakieś stare zdjęcia gołębi?

Marcin:
Oj, musiałbym poszukać. Jakieś na pewno są, ale nie za wiele. Wiem, że mamy kasety z nagraniami z wystaw z 1991 r.

Władysław:
A kiedy przestaliście wypuszczać gołębie?

Kazimierz:
To było dziesięć lat temu, kiedy przeszkadzały nie tyle co sąsiadom, co bratowej. Pomimo tego, że od wielu lat gołębie zawsze były tu obecne. W tej chwili mają na dachu przestronną wolierę, tam mogą zażywać kąpieli i wyjść na świeże powietrze. Bardzo nad tym ubolewam, bo widok sokołów na niebie jest czymś wspaniałym. Ta batalia trwała trzy lata.

Piotr:
Sukcesy na wystawach?

Kazimierz:
Najważniejsze dla mnie są mistrzostwa Polski, ale mnie więcej chodzi o pokazanie swojej hodowli ludziom. Z pucharków i dyplomów już dawno wyrosłem. Dawniej na wystawę jeździło się pociągami.

Marcin:
Niekiedy wystawialiśmy gołębie na dwie wystawy jednocześnie. Ja jechałem do Gdańska, a tata do Torunia. Bywało różnie czasem na wystawie dostawało się tylko dyplom, albo medal lub proporczyk. Później przyszła moda na porcelanę i kryształy, a z czasem pojawiły się puchary.

Kazimierz:
Dwadzieścia lat temu ludzie bardziej szanowali sędziów i środowisko było zdrowsze. Obecnie jest zbyt dużo "hejtu".

Piotr:
Czy miał Pan jakieś szczególne doświadczenia związane z sędziowaniem?

Kazimierz:
W tym roku mija nam już dwadzieścia dziewięć lat sędziowania, więc trochę tych ptaków przez ręce przeszło. Najwięcej gołębi w życiu oceniałem w Bartoszycach- 220 sztuk, robiłem to w nocy, a było niesamowicie zimno - 28 stopni Celsjusza.

Piotr:
Dzięki za rozmowę.

Marcin:
Chodźmy do gołębi!

Kazimierz:
Zdecydowanie to dobry pomysł.