|
|
|
Wielkość liter:
A
A
A
A
Sylwetki polskich hodowców
Henryk Meller - pasja bez końca
Henryk: Witajcie, zapraszam.
Piotr: Dzień dobry, miło Pana widzieć.
Władysław: Cześć, jak się masz?
Henryk: Dzięki, w jak najlepszym porządku.
Piotr: Jak długo hoduje Pan sokoły gdańskie?
Henryk: W sumie to będzie przeszło 40 lat, mam je od wielu, wielu lat. Kiedy wziąłem ślub w wieku 50 lat zacząłem hodować też gołębie pocztowe. Na początku miałem same czarne mazry. Znalazłem dyplom i zdjęcia samicy, która wygrała trzy międzynarodowe wystawy, a na jednej z poznańskich wystaw Niemcy chcieli ją ode mnie odkupić za samochód. Ja się jednak nie zgodziłem, była naprawdę piękna. W sumie ta samiczka wygrała dla mnie dwanaście wystaw i te trzy zagraniczne. Była przyzwyczajona do klatki wystawowej i pięknie się w niej prezentowała. To była linia gołębi kolegi Pióra z Grudziądza. W tamtym okresie wielu Niemców przyjeżdżało do Polski po gołębie.
Piotr: Czy w tym regionie było wielu hodowców tych gołębi?
Henryk: Tak, było ich bardzo wielu w zasadzie wszyscy moi koledzy, którzy mieszkali w koło. Bardzo wielu hodowców też było w Poznaniu. Cała ulica Wąska w Tczewie była usiana gołębnikami. Unosiły się w powietrzu w wielkich ilościach. Nasze miasto było stolicą tych gołębi. W dawnych czasach brakowało sędziów do oceny głębi i w zasadzie byłem jednym z niewielu, często jeździłem do Poznania pociągiem o 5: 45 na wystawy. Później było już lepiej i sporo osób zdobyło uprawnienia sędziowskie. Przyjaźniłem się z Alfonsem Labudą, który pracował w GS-ach, dzięki temu miałem dostęp do różnych produktów dla ptaków.
Władysław: Ile par gołębi masz w rozpłodzie?
Henryk: To jest stała ilość dziesięciu par. Jednak ptaków nigdy nie wypuszczałem w przeciwieństwie do moich kolegów.
Piotr: Widzę sporo pucharów, każda półka w tym pokoju zajęta jest przez co najmniej kilka z nich.
Henryk: Przeszło 40 lat hodowli, to trochę się nazbierało. Kiedyś nie było pucharów, a za nagrodę robiły różnego rodzaju kryształy czy porcelana. Bardzo ładnie się prezentują mimo upływu lat. Mam ponad dwieście różnych nagród.
Władysław: Pamiętasz może wystawy w Tczewie ?
Henryk: Tak, były ich trzy lub cztery, oceniałem na nich wszystkich. Największa była w budynku kolejowym nieopodal dworca. A całkiem po wojnie był oddział/związek hodowców, ale niestety bardzo krótko.
Piotr: Jakie rasy hodowali tutejsi hodowcy?
Henryk: Przede wszystkim gdańskie, "winerki" i "werfle". Ale najwięcej sokołów ma się rozumieć.
Piotr: A czy rodzina wspiera Pana w tej pasji?
Henryk: Nigdy nikomu to nie przeszkadzało, w zasadzie bardzo długo byłem kawalerem. Bardzo lubiłem też psy, owczarki niemieckie, z którymi również brałem udział w wystawach.
Władysław: Jakie kolory teraz masz w hodowli i ile młodych udaje się wychować?
Henryk: Są to gołębie białe, które pochodzą z kilku miejsc, mam dwadzieścia sztuk, czyli dziesięć par. Większość gołębi sprzedawałem za granicę. W zależności od roku wychowuję kilkadziesiąt młodych.
Piotr: Jak dobrze przygotować gołębie do wystawy? Można powiedzieć, że jest Pan w tym specjalistą.
Henryk: Kąpię je co najmniej kilka razy, to przede wszystkim, ale ptaki powinny też być oswojone z klatką wystawową i białym fartuchem. Wspominam kol. Boruńskiego z Kątów Rybackich, który miał bardzo ładne białe z pięknymi oczami. Miałem też białą samicę z Jugosławii. Oceniałem gołębie w Niemczech na Węgrzech i w dawnej Jugosławii. Więc nasze gołębie były popularne nie tylko u nas.
Piotr: Czyli lubi Pan ten okres wystawowy?
Henryk: Tak, zdecydowanie. To mój ulubiony czas w roku. Można spotkać się z kolegami.
Władysław: A na europejskiej wystawie w Gdańsku jaką nagrodę udało się zdobyć?
Henryk: Zdobyłem tytuł wicemistrza w białych. Kiedyś wystawiałem zawsze po dwanaście gołębi. W ciągu sezonu wystawowego udało mi się przejrzeć bardzo dużą ilość gołębi. Starałem się być na wielu wystawach. Pamiętam, że ładne wystawy były też w Toruniu na stadionie i Grudziądzu również. Tak jak mówiłem wcześniej w Poznaniu było bardzo dużo gołębi gdańskich. Oceniając je na wystawie zawsze typowałem trzy najlepsze, a potem wołałem jakiegoś kolegę, żeby wspólnie z nim wytypować championa. Pracowałem wożąc obrazy do Niemczech, do Westfalii. Wtedy poznałem Eijerkampów, ojca i syna. Zaprzyjaźniłem się z nimi. Dzięki temu pozyskiwałem co jakiś czas trochę gołębi i przywoziłem je do Polski. Jak możecie się domyślić moja przygoda z gołębiami nie ograniczyła się do sokołów, ale miałem też epizod z gołębiami pocztowymi właśnie. W najlepszym okresie zdobyłem tytuł mistrza okręgu i miałem w swoim gołębniku najlepszego lotnika. Sprzedawałem też gołębie pocztowe za granicę, a nawet do USA. Jednak w późniejszym etapie z nich zrezygnowałem.
Piotr: Zawsze miał Pan gołębie na strychu tak jak teraz?
Henryk: Nie, wcześniej mieszkałem w mieście i tam trzymałem mazry, a potem przeprowadziłem się tutaj i hodowałem gołębie białe.
Piotr: Dziękujemy za interesującą rozmowę.
Henryk: Dziękuję za odwiedziny.
Władysław: Do zobaczenia. Życzymy zdrowia.
Wywiad przeprowadził Piotr Styczyński
|
|